• Wpisów:54
  • Średnio co: 16 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 19:20
  • Licznik odwiedzin:4 617 / 907 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
To już mój trzeci dzień bez papierosa!!!

Tak naprawdę to nie jest tak pięknie. Bez tego śmierdzącego, ale nikotynę w postaci elektronicznego przyjmuję dalej.

Odliczam dni do wypłaty. Wtedy kupię sobie nareszcie karnet na siłownię i tam będę wylewać swoje frustracje. Czemu właśnie w tym miesiącu mam dołek finansowy i nie mogę zrobić tego już teraz?

Kocham mojego chłopaka, ale czasem już nie mam siły. Czy da się kochając drugą osobę, zostawić ją? Pewnie tak, ale ja nie potrafię i jeszcze długo potrafić nie będę. Nie rozumiem, dlaczego się ranimy, skoro później będzie boleć bardziej. Dlaczego po prostu nie da się nie ranić?
 

 
Odpowiedzią niektórych ludzi na przeciwności losu są budzące się uśpione zaburzenia. Tak walczymy z bólem. Ja też walczę.

Wiem, że to nie rozwiąże problemów. Ale chcę poczuć nad czymś kontrolę.
 

 
Wracam. A wracam, gdy mi źle zazwyczaj. Obojętność jest mą przyjaciółką ostatnio. To niezbyt dobrze. Ale nic nie poradzę. Płakałam, złościłam się, załamywałam, nic to nie dało. W końcu przyszła obojętność i nakazała mi przykręcić emocje. Tak jak przykręca się gaz pod bulgoczącą wodą. Wtedy nic się nie wylewa, wtedy jest spokojniej. Wtedy nic tej wody nie ruszy. Napisałam, że to niezbyt dobrze i wbrew temu co się wydaje, tak właśnie jest. Bo obojętność jest bezbarwna i nie dopuszcza kolorów. A życie bez kolorów jest nic nie warte. Tylko, że ja już zapomniałam, że istnieją inne palety barw poza tą z odcieniami szarości.
 

 
No i co u mnie? Heh, chyba bez zmian. Jestem sobie wesoła na co dzień, bo po co mam być posępnym alienem? Ludzie nie muszą wiedzieć, że nie jestem do końca szczęśliwa. Przynajmniej ci obcy. A że nie jestem, bywa. Planuje się przeprowadzić, żeby pożegnać ten słaby rok. A od samego stycznia, aż do tej pory i podejrzewam do samego końca grudnia, ten rok był, jest i będzie dla mnie beznadziejny i przysporzył mi pasmo bólu i rozczarowań. A wszystko opłakiwałam w tym pokoju. I masę rzeczy działo się dokładnie w tym mieszkaniu. Może za wcześnie jeszcze na podsumowania, ale to w tej chwili podjęłam decyzję o zmianie. O wyrwaniu się z jednej pułapki. Zostało ich jeszcze kilka, ale powoli, małymi kroczkami. Zostało tylko znaleźć (s)pokój. A widząc aktualne oferty wynajmu, nie wiem co jest trudniejsze. Pokój czy spokój. Miejmy nadzieję, że spokój, bo z tym zawsze trudno i idzie się przyzwyczaić, a pokój jednak by się przydał. Najgorsze jest to, że mi szkoda, bo pokój sam w sobie jest super i okolica fajna... Ale lokatorzy i klimat są zdecydowanie do poprawki. Nie chce się męczyć. Choć spędziłam tu ważne dla mnie chwile i przywiązałam się. Muszę znaleźć godnego zamiennika. Do innego się nie wyniosę. Szkoda tylko, że nie mam milionów na koncie...
 

 
No i koniec nijakości. Ja niedługo skasuje konto facebooku, ograniczę wszystko co możliwe. Po co mi to wszystko widzieć, słyszeć? Po co wracają dawne uczucia? Tego co było nie ma. Po co wciąż wraca do mnie to wszystko? Z drugiej strony... zamknąć się totalnie w swoim świecie? To zabawne, jest tyle nowych spraw, że nie pomyślałabym nigdy, że te dawne rany wciąż mogą boleć. Życie jest pełne rozczarowań.
 

 
Czuję się nijak. Dobrze czuć się nijak Tak myślę. Jestem w mojej samotni. Wszyscy na dystans. I dobrze. Najgorzej, gdy napadają mnie myśli. Takie, które zajmowały mi głowę już długie noce i z których nic nie da się wykrzesać. Nawiedzają Cię, a Ty czujesz bezsilność. Niektóre sprawy da się przemyśleć i jakoś załagodzić ten ogień w żyłach, który Cię pali, a właśnie dzięki tym długim godzinom on powoli gaśnie. Czasem jednak zdarza się, że on nie chce się złagodzić i żadna gaśnica nie pomaga. Wtedy właśnie jest najgorzej. Tego jeszcze nie umiem opanować.
 

 
Dziękuję Bogu za moich przyjaciół.

Może jeszcze wszystko będzie dobrze
 

 
Moje mieszkanie z tymi ludźmi to jakaś tragikomedia. Jednego wieczoru się nachleją, biją, rozbijają po mieszkaniu, rano wstają i się śmieją z siniaków na czole, bo jeden drugiemu walnął z dyni. Stół połamany, szklanki pobite. Już nie mówiąc o tych wszystkich słowach, które padły. Mam nadzieję, że większości nie pamiętają. Tak byłoby lepiej. Też nie byłam trzeźwa, to fakt. Ale to wszystko nie powinno tak wyglądać. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, serio. Chyba wolę się śmiać. Przynajmniej to nie był mój stół. Patologia. Co ja tu robię?

Moja siostra ma złe wyniki. Niech ktoś wynajdzie lek na to kurestwo. Jest za młoda.
 

 
Próbuję sobie przetłumaczyć, że skoro szukam pracy na dłużej, to nie powinnam się w niej męczyć. Tak w sensie psychicznym. To zawsze dla mnie straszne trudne, zadzwonić i powiedzieć "Przykro mi, ale rezygnuję". Byłam dzisiaj na dniu próbnym w drugim miejscu w przeciągu tygodnia. Praca zdecydowanie mi nie odpowiada. Ale ja tak bardzo nie lubię szukać, chodzić na rozmowy, dni próbne, że aż mnie skręca na myśl, że musiałabym znów to robić. Tym bardziej, że oferty są, jakie są. BARDZO łatwo jest znaleźć pracę jakąkolwiek w dużym mieście. Ale właśnie, jakąkolwiek. A taką, gdzie chciałoby się zostać na dłużej i nie myśleć codziennie rano "Boże, znów muszę tam iść", cholernie trudno. Ale znów pakować się w coś, co od pierwszego dnia mnie odrzuca? Znów chodzić jak zombie i nienawidzić swojej pracy? To nie jest chyba dobra opcja. Dlaczego ja tak bardzo nie lubię robić ludziom przykrości? Szefowej widać, bardzo zależało. Naprawdę ją polubiłam. Ale co ta kobita wie, jak jest na miejscu może raz w tygodniu, a może nie? Kurde nie chce do niej dzwonić, ale muszę. Kto inny po prostu by nie przyszedł, to i tak bezpłatne dni próbne (swoją drogą, dni próbne też powinny być płatne, bo to normalne 8 godzin pracy). Czemu ja tam nie umiem? Jeszcze okaże się, że po prostu przyjdę. Czemu nie umiem mieć nawet obcych ludzi w dupie i po prostu dbać o własny interes?
  • awatar Amfitryta: Asertywność to umiejętność która się kształtuje latami. Odrobina egoizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Pamiętaj że najważniejsze dla Ciebie jest twoje własne szczęście i powtarzaj to sobie codziennie. Musisz robić to co jest dla Ciebie najlepsze.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nie kupiłam czapki.

Za to zastanawiam się nad zmianami. Zawsze, gdy coś się kończy, czuję gorycz. Bo minęło, bo nie wróci. Bo może było fajnie, a może wcale nie było, może to było tylko poczucie bezpieczeństwa, bo coś jest, bo to znam. Ale ktoś mądry kiedyś powiedział, że nie ma końców, są tylko nowe początki. I jest w tym trochę prawdy. W życiu młodych ludzi, a właściwie wszystkich ludzi, nic nie jest stałą. Tylko czy to jest smutne, czy piękne? Zawsze myślałam, że bezgranicznie smutne. Bo czy z przemijania można czerpać radość? Wiecie, tak sobie myślę, że to nie chodzi o te rzeczy, które minęły. Piękne nie jest to, że skończyło się coś, za czym tęsknimy. I to nie jest złe, trochę tęsknić. Piękne jest to, że otwiera się nowy rozdział, a kartki są puste. W życiu nic nie jest stałą. Gdy człowiek się z tym pogodzi, pojawia się odrobina sensu. Bo gdy za bardzo chcemy "żeby było jak dawniej", nie umiemy dostrzec tego, jak jest teraz. Czasem mam wrażenie, że podchodzę do życia za bardzo na serio i próbuję mu stawiać warunki. Mówić, że ma natychmiast coś przywrócić, bo tak chcę. Ale tak się nie da. "Kiedyś było tak, kiedyś było śmak, kiedyś byłam taka, kiedyś było lepiej". A skąd wiem, czy było lepiej, skoro nie żyję chwilą obecną, tylko rozpaczam za tym, czego i tak już nie ma, i tak nie będzie? Skąd mam to wiedzieć, skoro nie próbuję się zaprzyjaźnić z obecną sytuacją? To jak z dzieckiem, któremu umarł piesek. Skąd ma wiedzieć, że nowy piesek podarowany przez rodziców dałby mu wiele miłości i radości, skoro nie chce się z nim bawić, bo tęskni za tym, którego już nie ma?
 

 
Jutro rano wstanę i pójdę na spacer. Może nawet kupię sobie czapkę. I pomaluję się przed wyjściem. Czasem najlepszą autoterapią jest poczucie, że wygląda się dobrze. Dlatego kobiety na całym świecie się stroją. Niektóre w szpilki od Jimmy'ego Choo i torebki od Michaela Korsa, inne w chusty o kolorach tęczy i oryginalną biżuterię. Ja w swoje ulubione adidasy i rękawiczki. I trochę makijażu.
 

 
Właśnie przed chwilą rozmawiałam z tatą o tym, ile zdążyłam przeżyć przez moje krótkie życie. Pracowałam do tej pory w czterech miejscach (zaczęłam pracować na niepełny wymiar godzin w drugiej liceum), w każdym z nich pracowałam z ludźmi. Wysłuchałam setki historii życiowych, lakonicznych stwierdzeń, zdarzeń sprzed chwili, smutków, żali, radości, komplementów. Spotkałam ludzi z wielu krajów, o różnym statusie społecznym. I słuchałam. Po prostu słuchałam. A oni byli wdzięczni. I każdego z nich zapisałam sobie gdzieś w małej szufladce w moim mózgu. I każdy z nich nieświadomie mnie czegoś nauczył. I dziękuję im teraz, że przecięli moją życiową drogę na godzinę, dwie, czy choćby piętnaście sekund w pośpiechu, bo spóźnią się do pracy. Ponieważ dzięki nim czuję więcej.
 

 
Zgadzam się, mój blog nie jest szybki, łatwy i przyjemny, ale to nie jest blog komercyjny. Jeśli ktoś czyta moje przemyślenia to naprawdę, naprawdę mi miło. Jeśli ktoś chce skomentować, dorzucić coś od siebie, napisać że też tak ma/miał, róbcie to. To pomaga. Serio. Krótkie "wiem co czujesz" pomaga. Ale jeśli uważasz mój blog za ciekawy, drogi Autorze wiadomości prywatnej, to nie powinieneś sugerować mi zmian o których pisałeś, bo wtedy zmieniłby swój charakter i nie byłby już taki sam, trochę intymny, przepełniony mną samą
Mimo wszystko dziękuję.

Dziś myślę o przeznaczeniu. Różnie ludzie mówią, karma, los, siła wyższa, Bóg. Ja skłaniam się ku Bogu. Kiedyś czytałam taki fajny felieton i tam autorka przytacza słowa pewnego zakonnika "Nie pozwoliłem, by religia zabiła moją miłość do Boga." Nieźle jak na duchownego, nie? Ja mam chyba tak samo. Jesteśmy światłymi ludźmi, umiemy patrzeć krytycznie i to nie jest tak, że kto wierzy w Boga i chodzi na Msze Święte, to już jest fanatykiem. Ja widzę co się dzieje z instytucją Kościoła. Ale zawsze twierdzę, że z księżmi jest jak z nauczycielami, są ci z misją i ci z comiesięczną wypłatą. Dlatego ja nadal wierzę. I wracając do przeznaczenia, to zastanawiam się, w jakim stopniu mam wpływ na własne życie? Ostatnie doświadczenia pokazały mi, że niewielki. Ale czy na pewno? Przecież podejmowałam jakieś działania, które miały jakieś konsekwencje. I to spore. I jeśli Bóg ma w tym wszystkim cel, a podejrzewam że ma, to zabił mi niezłego ćwieka. Zachodzę w głowę, do czego ma mnie to doprowadzić. Czego nauczyć. Wiem, że zawsze chodzi o wnioski. Tylko jak wysnuć te właściwe? Bóg nie odwala za nas całej roboty, podejmujemy jakieś decyzje. A one prowokują lawinę zdarzeń.
I cały czas, ciągle mi huczy w głowie jedno pytanie. Czy moje decyzje rzeczywiście zależą ode mnie, czy On od początku wiedział, że tak będzie? Ponoć wiedział. Głowa mnie boli. Niby mogę wybrać milion dróg. Zabawne. Ale Ty Boże zawsze jesteś wygrany, zawsze wyjdzie na Twoje, zawsze znasz zakończenie.

Może to dobrze, że nie spoilerujesz.
  • awatar Gość: Wiedza nt przyszłości wcale nie wyklucza naszej wolnej woli
  • awatar jas_mina: Ja czytam, ja lubię
  • awatar LadiesMoto: Świetne przemyślenia, czasami naprawdę dają mi do myślenia ♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie robiłam problemów, awantur, nie grałam obrażonej, nie skomentowałam, ba! nawet nie zapytałam. Okazałam tzw. obojętność. I wiecie co? Nie rozumiem jak to możliwe, ale to działa. Tylko trochę, ale działa. Nie wiem w którą stronę, ale w tym momencie to nie jest istotne. Bo właśnie ten moment jest zły i potrzebuje przeminąć. Nie mam już siły walczyć. Masz Kochanie pole do popisu, teraz Ty możesz o mnie walczyć lub nie. Odbieram Ci prawo do bycia tym zadającym mi rany. Odbieram Ci je. Mam dosyć bólu jaki mi fundujesz, nawet tego nie widząc. I nie będę próbować Cię zmienić, to nie w moim stylu. Nie będę też się odgrywać, ostatnie czego pragnę, to Twoje cierpienie. Po prostu odpuszczę trochę i zrób z tym co chcesz. Nie mogę wiecznie być smutna. Teraz wszystko zależy od Ciebie.

Może nie urodziliśmy się po to, by być razem.
  • awatar lady_in_black: a może właśnie po to ;) trzymam kciuki. niech Ci pokaże jak jest. xoxo
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Miałam napisać o babci ale nie mogę, bo krew mi się w żyłach gotuje.

Zastanawiam się czemu świat działa w ten sposób, że im więcej chcesz od siebie dać, tym bardziej ktoś tego nie szanuje i Cię krzywdzi.

Może trzeba przestać się starać? Może trzeba pozwolić komuś się stracić?
  • awatar Kropla deszczu: Jeśli się starasz, to znaczy, że Ci zależy. A jeśli zależy, to trudno jestprzestać się starać ... :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Tak się zastanawiam. W którym momencie pojawia się miłość? I czy ona rzeczywiście może przezwyciężyć wszystko, tak jak nam wmawia literatura i film?

Niektóre różnice wydają się nie do przeskoczenia. Możemy żyć chwilą, bo czemu nie? Tylko jak długo da się nie myśleć o przyszłości? Czy któregoś dnia obudzimy się i stwierdzimy, że nie pisane jest nam wspólne życie? Czy któregoś dnia będziemy musieli dojrzeć?

Jaką miłość ma moc? I kiedy tak naprawdę kochamy?

Tyle retoryki dzisiejszego wieczoru... :<
  • awatar Elyne: @absurd.: I ja nie wiem. To trochę paradoks. Książki mówią, że cztery lata jesteśmy zakochani. I książki mówią, że zakochanie to m.in. idealizacja tej drugiej osoby. Ale czy da się tak przez cztery lata? Zostały mi 3. Hmm...
  • awatar absurd.: Książki mówią, że pierwsze cztery lata to zakochanie, a później jest miłość. Czy to prawda? Nie wiem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
W tej piosence słychać beznadzieję. Słowa nie są ważne.
  • awatar Diablo 1910: Mocne wpisy z przekazem tylko trzeba dobrze rozumieć przekaz :d Świetny blog pozdrawiam :d + zapraszam do mnie :d zostaw cos po sb :d
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Świat się kręci. Niewdzięczny. I oto jestem ja, z wyrazem niedowierzania na twarzy. Jak to? Mój mały wszechświat się załamał, stanął w miejscu, zasnął, zahibernował, a życie śmie toczyć się dalej?! Hej, ja tu się rozpadam! A świat tylko patrzy na mnie z pobłażaniem i mówi "Dziewczynko, to tak nie działa". Chciałam, żeby wszystko stanęło, żeby pozwoliło mi się nad sobą poużalać, żeby dni ciągnęły się w nieskończoność, a noce płakały razem ze mną. Ale nie, "to tak nie działa". Słońce wschodzi i zachodzi, samochody jeżdżą (albo stoją w korkach), wiatr wieje, a alkoholicy piją. Nikt się nie zatrzymał, nikt nie włączył "stop". I chcesz czy nie chcesz, żyj człowieku dalej.

Ważyłam się dzisiaj. Rok temu ważyłam 6kg więcej. Cóż powiedzieć mogę. Lubię to. Lubię ważyć mało. Tak tak przyznaję się. Lubię to. Ktoś powie, że to nie wyczyn, 6kg w rok. No nie, nie wyczyn. Ale przyszło samoistnie. I dobrze, że przyszło.
Tylko teraz pytanie rodzi się takie: co ja z tym dalej zrobię? Jakiś głosik mi mówi "Jeszcze trochę, skoro samo przyszło do tego momentu, to jak się ruszysz zrzucisz jeszcze trochę bez dużego wysiłku i będziesz jeszcze ładniejsza" Ale rozum mówi "Czy źle Ci w tym ciele? Po co Ci być chudszą? Co Ci to da? Już teraz słyszysz komentarze, że sporo schudłaś, nie wystarczy Ci?"

Problem w tym, że nie umiem odpowiedzieć rozumowi na te pytania, bo wszystkie odpowiedzi brzmią irracjonalnie. Ale lubię to.

Nie wiem czy wygra głosik, czy rozum. Walczę ze sobą.
 

 
Dziś jeszcze większy dół. Do wszystkiego doszedł okres z potwornym bólem. Zjadłam mało, a czuję się wzdęta. Czuję, że wariuję. Cała się trzęsę z rozpaczy. Co ja teraz zrobię? Co ja zrobię? Bez studiów, bez bliskich, bez niczego? Czy czeka mnie praca kasjerki? Nie chcę, boję się. Nie mam niczego już. To chyba mój koniec. Chciałabym się cofnąć w czasie.
 

 
Świat mi się sypnął. Chudnę. Nie mam apetytu, gdy zjem cokolwiek boli mnie żołądek. Do tego mam jakieś bóle pleców, wypadają mi włosy i nie mam na nic siły. Zostałam bez szkoły, facet mnie oszukuje, rodzina nie wspiera emocjonalnie, przyjaciele zawodzą. Tragedia w prostym wydaniu. Witaj mentalności sprzed lat! Nic mi nie wyszło? Przynajmniej jestem szczupła. Witaj ed. Wiedziałam, że nigdy mnie nie zostawisz suko. A może kumpelo? Zawsze do mnie wracasz gdy jest mi najgorzej. Najgorsze jest to, że znów zaczynają mnie cieszyć uwagi pt. "Znowu schudłaś"
  • awatar A.Starving: Nie wierzę, że to piszę, ale w takich sytuacjach człowiek niemal cieszy się, że ma ed. Bo to jedyne źródło "oparcia", sensu, jakiegoś celu. Ale też alarm, że jak najszybciej należy szukać innego oparcia, bo znowu wpadasz w bańkę, z której tak ciężko uciec. Nie daj się zamknąć znowu w tej chorej części Twojej głowy, trzymam kciuki.
  • awatar Kostuchna: też mi się sypnął, ale niestety nie schudłam, wręcz przeciwnie. Jak wszystko idzie nie po mojej mysli to wszystko...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wróciłam do pracy po wolnym, nawet nie było tak źle. Z Panią Ważniacką byłam tylko 2 godziny, potem sama, ewentualnie z szefami. Jutro tak samo. Przeżyję. Jakoś mi lepiej, że już po wszystkim. Egzaminy minęły, zniknął stres, napinka, niemoc. Było minęło, dobrze, że minęło. Teraz do końca miesiąca tylko praca, później zobaczymy. Może akurat się dostanę i pójdę znów od października, poznam nowych ludzi, będę miała czystą kartkę. Tylko żeby nie powtórzyć dawnych błędów. Jeśli się dostanę, to będzie to numer super-jeden w moim życiu. Chłopak w weekendy, wszystko inne też. Wieczory w tygodniu są od nauki. Nie tak jak w poprzednim semestrze. Przychodził i koniec nauki. Już przeszliśmy najburzliwsze i nieudane początki. Wciąż się zastanawiam czemu w ogóle jesteśmy ze sobą. Po tym wszystkim co się działo po drodze. I w ogóle po tym, jak oboje stwierdziliśmy, że do siebie nie pasujemy. Nie wiem. W każdym razie już nie mam czasu na zawalanie. Czas goni.
 

 
1. Nie zdałam egzaminów
2. Mój chłopak nie idzie ze mną na wesele
3. W rodzinie dzieją się cuda wianki, niemal na pewno matka młodej zepsuje jej jutro wesele, gdzie i tak będzie smutno bo 1/3 ludzi jest w żałobie
4. Brat cioteczny w chamski sposób sprzedał mnie do moich rodziców ze pale papierosy
5. W pracy chujnia
6. Nie wiem co dalej z moja przyszłością, mam tylko maturę, rok w plecy i żadnej pewności ze od października zacznę coś nowego
7. Czuje się strasznie, dawno nie byłam tak załamana
8. Oklamuje najbliższych, co potęguje odrazę do samej siebie
9. Łamie wszystkie swoje zasady moralne
 

 
Nie wiem już sama czy mogę się dalej złościć o nią. Ale dalej działa na mnie jak płachta na byka informacja, że się z nią widzi, nawet jeśli nie sam na sam. I na nic mi jego zapewnienia i kwiatki. Wkurza mnie to i tyle. I nic nie poradzę. Nie będę jutro o tym wspominać. Zakazany owoc smakuje najlepiej. Może powinnam dać rozwinąć się sytuacji. Wiem, że przesadzam trochę. Ale jestem na nią uczulona, na żadną inną koleżankę tak nie reaguje. Niech sobie robi co chce, a jeśli zauważę coś naprawdę niepokojącego, to coś z tym zrobię. Znam swoją wartość, nie będę nikogo przekonywać do tego, żeby był ze mną. Jestem wystarczająco zmęczona innymi sprawami. Studia, praca, sytuacja w domu. Jak to śpiewają coraz częściej u mnie w słuchawkach raperzy, kładę na to chuja.
 

 
Zaspałam do pracy. Tym samym pogłębiłam niechęć szefa do mnie. Też go nie lubię, vice versa proszę Pana. W pracy jak zwykle, trochę nudy, trochę zapierdzielania, szczególnie przy towarze. Doceniam to, że dla mnie to tylko praca wakacyjna. Szanuję moje koleżanki, które pracują w sklepie już kilka lat. I współczuję im jednocześnie. Charakter pracy i stosunek szefów do pracowników naprawdę potrafią dobić.
Poprawka za dwa dni, druga za cztery, nie mówię nikomu, ale się poddałam. Mówię, że się staram. Że będzie jak będzie. Ale ja wiem jak będzie. Już nawet się tak nie uczę. Zarejestrowałam się na rekrutację dodatkową na uniwersytet i podoba mi się mój potencjalny przyszły kierunek. Politechnika mnie zraziła stosunkiem do studenta, a już na pewno mój wydział stosunkiem do studenta-kobiety. Ja wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Gdyby nie ta porażka, nigdy nie zwróciłabym uwagi na ten kierunek. A że przez pół rok męczyłam się na jednym z najcięższych kierunków na polibudzie? Będzie mi łatwiej, sporo rzeczy przerobiłam. Oczywiście nie jest tak pięknie, i tak czuję się przegrana i beznadziejna. To już rok w plecy, tyle czasu i pieniędzy. Ale znowu, te decyzje tyle pozmieniały w moim życiu. Wierzę, że taki był plan. A wnioski staram się wyciągać. Gówno prawda, że student nauczy się semestru w dwie noce. Może tak jest gdzieś tam, nie wnikam. Ale z doświadczenia wiem, że górą Ci, którzy są systematyczni. Oni mają spokojne wakacje i spokój ducha, bo coś robią. Mają cel w życiu, jakiś punkt zaczepienia. Ja mam tylko ciągłą niewiadomą. Jeśli się dostane (19 września, nadchodź z dobrymi wynikami!) już nie popełnię tego błędu. Jestem inteligentną dziewczyną, raz się potknę o krawężnik, drugi raz skurwysyna przeskoczę. Jestem młoda i silna. To nie jest koniec świata. Nie zaliczę egzaminów. To prawda. Ale będę mądrzejsza o jedną porażkę. A błędów nie robi ten, który nic nie robi. Amen.
 

 
Powracam do pisania pamiętnika, bo tak jest jakoś lepiej. W dzisiejszych czasach mamy ułatwione zadanie. W zależności od tego, co Tobą kieruje, możesz wybrać jedną z wielu możliwości. Możesz pisać pamiętnik tradycyjnie, na papierze. To ma swoje ogromne plusy i równie ogromne minusy. Dawniej żaliłam się stronom pięknego zeszytu z żyrafą, dając upust swym gimnazjalnym rozterkom. To jest trochę magiczne, siedzieć z długopisem i po prostu pisać co tylko na myśl przyjdzie. Jednak jest jedno wielkie ALE. Jak ktoś to znajdzie, to jakby wdarł się w najgłębszą część Ciebie i okradł ze wszystkich pilnie strzeżonych tajemnic. Czujesz się nagi/naga, bezbronna, zagrożona, bo ktoś wie o wiele za dużo. Chciałoby się powiedzieć, że teraz musi zginąć. Ale co, jeśli to była Twoja mama? Spłycając całą sytuację do jednego banalnego słowa: kiepsko.
Można też wybrać inną drogę. Możesz pisać elektronicznie, bez papieru, przerywającego długopisu, nieestetycznych skreśleń i bezmyślnych rysunków. Jedni piszą, jak ja to nazywam, półpamiętnik, publikując owszem posty o swoich przemyśleniach i codziennych zdarzeniach, ale z pewnego rodzaju filtrem. Nie wszystko "pójdzie", to dla nich jasne. A i nie wszystkim się muszą dzielić. W ogóle to nic nie muszą. A już na pewno pisać o tym, co niewygodne.
Wreszcie można pisać tak, jak większość nas tutaj, na pingerze. Anonimowo i bez większego silenia się na formę, atrakcyjność, cokolwiek. Piszesz, bo chcesz z siebie coś wyrzucić, używasz okna incognito w przeglądarce, nie zdradzasz imienia, miasta, niczego, przez co ktoś mógłby się dowiedzieć o Twoim pamiętniku. Są tylko inni użytkownicy, których albo zainteresujesz albo nie. Tak czy siak, żyjesz i skrobiesz dalej.

Dobranoc
 

 

18+

Coraz bardziej wpadam jak śliwka w kompot.
Jeśli ktoś pamięta to, co pisałam kiedyś, wcześniej, to wyobraźcie sobie, że teraz jest inaczej.
Coś się zmieniło. I nie wiem tak naprawdę co. Między mną a chłopakiem stworzyła się jakaś lepsza więź. Trochę pogodziłam się z myślą, że nie tworzymy normalnego związku, ale teraz nie mam wątpliwości, że w pewien specyficzny sposób jesteśmy ze sobą. I cieszę się, że miałam siłę i nie zostawiłam go tak po prostu. I wiem, że jeszcze wiele łez przede mną. Bo on jest tak naprawdę bardzo trudnym człowiekiem, niby pewny siebie jak każdy facet, ale wycofany. I nareszcie to sobie uświadomiłam, że on jest nieszczęśliwy i się boi. Bo wiele przeszedł. Tylko baardzo się stara to ukryć, samiec alfa. I mam wrażenie, że czasem podświadomie woła o pomoc.

I wiecie co, zawsze myślałam, że w związku dwojga młodych ludzi seks jest czynnikiem, który wszystko może błyskawicznie popsuć. Ile razy słyszymy ostrzeżenia, że jeśli chłopak dostanie czego chce, to straci szacunek i zainteresowanie i odejdzie do innej? Że zbliżenie sprawia, że ludzie patrzą na siebie wyłącznie jak na obiekty seksualne? Że to złe i wyrządzamy sobie krzywdę? Sama mam wątpliwości, bo jestem wierzącą osobą i akceptuje wszystko co moja religia zakłada, ale nie rozumiem w jaki sposób wyrządzam komuś krzywdę skoro nikogo nie zdradzam, nie jest to ani wbrew mnie ani nikomu innemu?
To wręcz moment, który bardzo zbliża nas do siebie emocjonalnie. Może to głupie, ale sposób w jaki na mnie patrzy za każdym razem mnie rozczula. Nie jest to wzrok wygłodniałego samca, ale wzrok wypełniony mieszanką wielu uczuć, oddania i... troski? To, że czasem budzę się opleciona jego ramionami i rano dostaję całusa w czółko nie może być złe. I nie muszę słyszeć żadnych głupich deklaracji. Nie muszę pokazywać światu, że mam chłopaka.
 

 
Pierwszy egzamin, niezaliczony egzamin.
Ja wiem, że są drugie terminy. Ale to uczucie, gdy wszyscy wokół wychodzą z sali uśmiechnięci, a Ty już wiesz, że było źle. To przykre uczucie. Ale gorsze jest po wynikach. Nie widzimy wszystkich wyników, widzimy swoje. Ale przeklęte narzędzia cywilizacji pozwalają na kontakt. Oni się cieszą, ja cicho chlipie...